Blog > Komentarze do wpisu
Piractwo – Internet nie jedno ma imię? – dalsze rozważania wokół ACTA

Meandry logiki

 

Zbyt często sympatycy ACTA przypinają swoim oponentom łatkę „piratów”, tym samym już na wstępie sprowadzając całą dyskusję na temat tego dokumentu na manowce. Logika ich myślenia przebiega zgodnie z prostym schematem wnioskowania na podstawie poniższych przesłanek:

  1. Powinno się wprowadzić takie prawo, które eliminuje negatywne zjawiska.
  2. Piractwo jest negatywnym zjawiskiem.
  3. ACTA może pomóc wyeliminować problem piractwa.

Wniosek: ACTA powinno zostać wprowadzone w życie.

Powyższe wnioskowanie przebiega w sposób jak najbardziej prawidłowy, szkopuł w tym, że wniosek zawsze jest bezużyteczny, jeśli błędne są prowadzące do niego przesłanki. Najbardziej jednak w tym prostym wnioskowaniu uderza nie tyle wątpliwa zasadność przesłanek, co świadczące o braku wyobraźni maksymalne uproszczenie tematu. Momentami zapał zwolenników ACTA przypomina ślepy upór kogoś, kto próbowałby wykazać, że uzasadnione jest użycie broni palnej w celu zabicia komara, który gryzie nas w ramię. Sęk w tym, że razem z komarem, pozbylibyśmy się także ramienia.

 

Bazarków czar

 

Warto wziąć tym samym naszego małego komara pod lupę i zobaczyć czy diabeł faktycznie jest taki straszny, jak go malują. Na początek należy zadać sobie proste pytanie: czym jest piractwo?

Wbrew pozorom odpowiedź wcale nie jest oczywista. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że zarzut piractwa może dotyczyć każdego działania, które wiąże się z wykorzystaniem „utworu” objętego prawem ochrony własności intelektualnej bez zgody właściciela.

Jeszcze 10, 15 lat temu, w czasach bazarkowych płyt bez holograficznej naklejki, „pirata” można było łatwo zidentyfikować, bo „kradzież” łączyła się z obecnością fizycznego nośnika. Jednak odkąd piractwo przeniosło się do Internetu, ewoluowało, zaczęło przybierać formy bardziej abstrakcyjne, niewyraźne. Bardzo szybko okazało się też, że kształt prawa autorskiego nie przystaje do rzeczywistości cyfrowej, że jego normy i podstawowe założenia są anachroniczne. Znajdowało się coraz więcej tych, którzy twierdzili, że język prawa autorskiego należy zmienić, dostosować do nowych form. Jedni postulowali liberalizację, inni zaostrzenie form przeciwdziałania piractwu (w ten nurt wpisuje się ACTA). Ci ostatni jednak zdawali się nie uwzględniać specyfiki funkcjonowania Internetu.

 

Świat w kamieniu

 

Internet stworzył przestrzeń swobodnej wymiany informacji, przestrzeń, w której stare podziały na nadawców i odbiorców w dużej mierze się zatarły, w której twórczość może z łatwością wydostać się na światło dzienne, może być doświadczana bardziej bezpośrednio niż kiedykolwiek, bo Sieć skłania do tego by na tę twórczość spontanicznie reagować, także w sposób w pełni aktywny. Monologi ustąpiły miejsca dialogom, obserwacja zamieniła się we współudział.

Kopiować i przetwarzać – oto motto sztuki ponowoczesnej. Interaktywność hiperłącz nas uwodzi, daje zupełnie nowe możliwości doświadczania. Coraz częściej ofiarowana nam zostaje możliwość, by nie tylko zapukać do drzwi kamienia, ale też wejść do środka. Kultura remiksu, którą tak kocha Internet to w myśl obecnej sytuacji prawnej tylko jedna z wielu odsłon piractwa. Obecne prawo jest przestarzałe, nie przystające do rzeczywistości, w jakiej żyjemy, a przez to szkodliwe. ACTA ten archaiczny stan prawny cementuje, odbiera nadzieję na zmiany w pozytywnym kierunku, a w dodatku, co najbardziej oburzające, dopuszcza użycie środków, które stawiają takie prawa jak prawo do wolności słowa, prywatności, tajemnicy korespondencji w pozycji praw podrzędnych do prawa autorskiego.

 

Koncert życzeń

 

Dobrze byłoby, gdyby ACTA i wszystkie podobne jej inicjatywy okazały się być za parę lat tylko łabędzim śpiewem, ostatnim rozpaczliwym krzykiem tych, którym służy obecna formuła praw autorskich, którzy chcieliby ją utrzymać i wzmocnić za wszelką cenę, nawet kosztem praw obywatelskich. A kim są najwięksi beneficjenci ACTA? Wbrew temu co się powszechnie mówi, wcale nie są to twórcy. Choć w kontekście argumentów podnoszonych w ramach toczącej się obecnie debaty może się to wydać paradoksalne, to także ci ostatni mogliby w ogromnej mierze skorzystać na zmodyfikowaniu prawa autorskiego w taki sposób, który nie stałby w sprzeczności z zachowaniem swobody w Internecie.

Nie należy jednak zapominać, że ta umowa międzynarodowa ma zasięg znacznie szerszy, wykraczający poza kwestię łamania praw własności intelektualnej w Internecie.

sobota, 04 lutego 2012, yelele

Polecane wpisy

stat4u