|
sobota, 04 lutego 2012
Piractwo – Internet nie jedno ma imię? – dalsze rozważania wokół ACTA
Meandry logiki
Zbyt często sympatycy ACTA przypinają swoim oponentom łatkę „piratów”, tym samym już na wstępie sprowadzając całą dyskusję na temat tego dokumentu na manowce. Logika ich myślenia przebiega zgodnie z prostym schematem wnioskowania na podstawie poniższych przesłanek:
Wniosek: ACTA powinno zostać wprowadzone w życie. Powyższe wnioskowanie przebiega w sposób jak najbardziej prawidłowy, szkopuł w tym, że wniosek zawsze jest bezużyteczny, jeśli błędne są prowadzące do niego przesłanki. Najbardziej jednak w tym prostym wnioskowaniu uderza nie tyle wątpliwa zasadność przesłanek, co świadczące o braku wyobraźni maksymalne uproszczenie tematu. Momentami zapał zwolenników ACTA przypomina ślepy upór kogoś, kto próbowałby wykazać, że uzasadnione jest użycie broni palnej w celu zabicia komara, który gryzie nas w ramię. Sęk w tym, że razem z komarem, pozbylibyśmy się także ramienia.
Bazarków czar
Warto wziąć tym samym naszego małego komara pod lupę i zobaczyć czy diabeł faktycznie jest taki straszny, jak go malują. Na początek należy zadać sobie proste pytanie: czym jest piractwo? Wbrew pozorom odpowiedź wcale nie jest oczywista. W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że zarzut piractwa może dotyczyć każdego działania, które wiąże się z wykorzystaniem „utworu” objętego prawem ochrony własności intelektualnej bez zgody właściciela. Jeszcze 10, 15 lat temu, w czasach bazarkowych płyt bez holograficznej naklejki, „pirata” można było łatwo zidentyfikować, bo „kradzież” łączyła się z obecnością fizycznego nośnika. Jednak odkąd piractwo przeniosło się do Internetu, ewoluowało, zaczęło przybierać formy bardziej abstrakcyjne, niewyraźne. Bardzo szybko okazało się też, że kształt prawa autorskiego nie przystaje do rzeczywistości cyfrowej, że jego normy i podstawowe założenia są anachroniczne. Znajdowało się coraz więcej tych, którzy twierdzili, że język prawa autorskiego należy zmienić, dostosować do nowych form. Jedni postulowali liberalizację, inni zaostrzenie form przeciwdziałania piractwu (w ten nurt wpisuje się ACTA). Ci ostatni jednak zdawali się nie uwzględniać specyfiki funkcjonowania Internetu.
Świat w kamieniu
Internet stworzył przestrzeń swobodnej wymiany informacji, przestrzeń, w której stare podziały na nadawców i odbiorców w dużej mierze się zatarły, w której twórczość może z łatwością wydostać się na światło dzienne, może być doświadczana bardziej bezpośrednio niż kiedykolwiek, bo Sieć skłania do tego by na tę twórczość spontanicznie reagować, także w sposób w pełni aktywny. Monologi ustąpiły miejsca dialogom, obserwacja zamieniła się we współudział. Kopiować i przetwarzać – oto motto sztuki ponowoczesnej. Interaktywność hiperłącz nas uwodzi, daje zupełnie nowe możliwości doświadczania. Coraz częściej ofiarowana nam zostaje możliwość, by nie tylko zapukać do drzwi kamienia, ale też wejść do środka. Kultura remiksu, którą tak kocha Internet to w myśl obecnej sytuacji prawnej tylko jedna z wielu odsłon piractwa. Obecne prawo jest przestarzałe, nie przystające do rzeczywistości, w jakiej żyjemy, a przez to szkodliwe. ACTA ten archaiczny stan prawny cementuje, odbiera nadzieję na zmiany w pozytywnym kierunku, a w dodatku, co najbardziej oburzające, dopuszcza użycie środków, które stawiają takie prawa jak prawo do wolności słowa, prywatności, tajemnicy korespondencji w pozycji praw podrzędnych do prawa autorskiego.
Koncert życzeń
Dobrze byłoby, gdyby ACTA i wszystkie podobne jej inicjatywy okazały się być za parę lat tylko łabędzim śpiewem, ostatnim rozpaczliwym krzykiem tych, którym służy obecna formuła praw autorskich, którzy chcieliby ją utrzymać i wzmocnić za wszelką cenę, nawet kosztem praw obywatelskich. A kim są najwięksi beneficjenci ACTA? Wbrew temu co się powszechnie mówi, wcale nie są to twórcy. Choć w kontekście argumentów podnoszonych w ramach toczącej się obecnie debaty może się to wydać paradoksalne, to także ci ostatni mogliby w ogromnej mierze skorzystać na zmodyfikowaniu prawa autorskiego w taki sposób, który nie stałby w sprzeczności z zachowaniem swobody w Internecie. Nie należy jednak zapominać, że ta umowa międzynarodowa ma zasięg znacznie szerszy, wykraczający poza kwestię łamania praw własności intelektualnej w Internecie.
niedziela, 29 stycznia 2012
Jak rozmawiać o ACTA?
Jeśli wsłuchać się w dyskurs polskich mediów głównego nurtu, a także w komentarze wielu ludzi przeciwnych ACTA, to można szybko zauważyć, że rozmowę na temat tej umowy międzynarodowej można sprowadzić do kilku kwestii, których tych dokument dotyczy w równym stopniu. Przy czym każda z tych kwestii pociąga za sobą zupełnie inne motywacje i całkiem inne sposoby argumentacji. Te podstawowe kwestie, których dotyczy dokument to: - własność intelektualna (autorskie prawa majątkowe); - podróbki; - piractwo; - dostęp do informacji i dóbr kultury; - specyfika funkcjonowania Internetu; - ochrona danych osobowych; - prawa człowieka (szczególnie wolność słowa i prawo do prywatności, w tym do poufności korespondencji oraz zasada domniemania niewinności);
Choć oficjalnie ACTA dotyczy przede wszystkim ochrony i egzekwowania majątkowych praw autorskich, ma przeciwdziałać praktykom piractwa i podrabiania, zapisy zawarte w tej umowie dotykają wszystkich wymienionych wyżej kwestii. Wielu prawników zwraca uwagę na to, że zawarte w niej zapisy mogą prowadzić do niebezpiecznych nadużyć. Formy egzekucji prawa, jakie dopuszcza się w ramach tego dokumentu mogą stać w sprzeczności z należytą ochroną praw jednostki.
Zwykle jeśli słyszymy rozmowę dwóch osób na temat ACTA, np. zwolennika i przeciwnika tej umowy, to najczęściej czujemy, że ich linie argumentacyjne się wymijają. Bardzo ciężko trafić na rzetelną dyskusję na ten temat, gdzie rozmówcy wspólnie analizują kolejne kwestie i wskazują plusy i minusy ACTA w odniesieniu do tych poszczególnych zagadnień. Zazwyczaj zwolennik podkreśla potrzebę ochrony praw autorskich, powtarza frazesy o kradzieży własności intelektualnej, a przeciwnik mówi o zagrożeniu inwigilacją i cenzurą. Wielu przeciwników tego porozumienia międzynarodowego idzie jednak o krok dalej i podważa zasadność egzekucji majątkowych praw autorskich, postulowaną w tym dokumencie. W ten nurt myślowy wpisuje się na przykład „Partia Piratów”. Sympatycy tego ruchu podkreślają potrzebę powszechnego dostępu do informacji i dóbr kultury i wskazują na nadużycia, do jakich prowadzi ochrona własności intelektualnej. W idealnej publicznej debacie wpływ ACTA na te wszystkie kwestie zostałby rzetelnie przeanalizowany. W ostatecznym rachunku wszystko jednak sprowadza się do wartości fundamentalnych: do odpowiedzi na pytanie co jest dobre, a co jest złe, co moralne, a co niemoralne, co słuszne, a co naganne. Postaram się po kolei przeanalizować wymienione wyżej zagadnienia.
Własność intelektualna
Wiele mówi się o tym, że ACTA ma chronić interesy twórców. Jest to prawda „częściowa”. Prawo autorskie przewiduje, że twórcom przysługują dwa rodzaje praw do utworu. Są to autorskie prawa majątkowe i niezbywalne autorskie prawa osobiste. ACTA chroni interesy nie tyle twórców, co właścicieli autorskich praw majątkowych. Twórca bardzo często nie jest właścicielem praw majątkowych do swojego dzieła, to znaczy, że nie czerpie korzyści finansowych. Właścicielem praw majątkowych może być: spadkobierca autora, wydawca, koncern medialny lub ktokolwiek, komu te prawa zostały przekazane. Przykład? Naukowiec opracował lek na groźną chorobę, jednak aby ten lek mógł wejść na rynek potrzebne są kosztowne badania. Koncern farmaceutyczny finansuje te badania w zamian za patent na skład leku. Oczywiście naukowiec zostaje zwykle sowicie wynagrodzony. Od tej pory właścicielem praw majątkowych jest firma. Inny przykład z branży medialnej: Autor artykułu opublikowanego w gazecie nie dysponuje prawami majątkowymi do swojego utworu (chyba, że umowa o pracę stanowi inaczej). Prawo do korzystania z utworu, udostępniania i do wynagrodzenia za korzystanie z utworu przysługują firmie, która jest jego pracodawcą. Oczywiście to nie oznacza, że twórcy zostają „siłą” pobawieni praw majątkowych do swoich utworów. Te prawa pierwotnie przysługują im, a oni swobodnie mogą nimi obracać, czyli na przykład przenoszą je na inną osobę fizyczna lub prawną. Czasem jednak zwyczajnie nie mają innej możliwości, jeśli chcą swoje dzieła upublicznić. Zrozumiałe jest, że wielu twórców chce być za swoją pracę należnie wynagradzanych, a także, że firmy, które zainwestowały w badania czy wypromowały dany utwór, chcą na nim zarobić. Nie są przecież organizacjami charytatywnymi. I to oni stanowią jedną ze stron w sporze o ACTA. To jednak tylko jedna strona medalu. To co najbardziej razi w ACTA to nie zawarte w niej dążenie do ochrony praw autorskich, ale to, w jaki sposób ten cel miałby zostać realizowany. Środki, jakich stosowanie dopuszcza dokument są radykalne i nieadekwatne do szkodliwości społecznej „piractwa”.
Piractwo i podróbki
Niektórzy nawet sądzą, że piractwo, szczególnie w jego internetowym wydaniu nie jest w ogóle zjawiskiem negatywnym, a wręcz przeciwnie, umożliwia udostępnienie dóbr kultury i informacji szerokim masom społeczeństwa, przyczynia się do rozwoju i jest zgodne z zasadą sprawiedliwości społecznej. Ale o tym i o innych wymienionych powyżej kwestiach już wkrótce... Żaby i ACTA
ACTA – virus found?
W ostatnich dniach uwaga wielu Polaków zwróciła się w kierunku kontrowersji towarzyszących podpisaniu międzynarodowej umowy handlowej dotyczącej zwalczania obrotu towarami podrabianymi, znanej w szerszych kręgach jako ACTA. Są powody, by przypuszczać, że ACTA to swoisty koń trojański, a w dodatku próbowano go wprowadzić tylnymi drzwiami, co spotkało się ze szczególną krytyką polskiej opinii publicznej. Fala protestów, jaka przetoczyła się przez polski Internet, a potem rozlała się licznymi demonstracjami w ponad czterdziestu polskich miastach zaskoczyła wielu. Ludzie zastanawiają się dlaczego właśnie tutaj, dlatego w Polsce, a nie gdzie indziej ludzie tak tłumnie wyszli na ulice, aby sprzeciwić się podpisaniu i ratyfikacji tego międzynarodowego porozumienia. Oprócz Polski ACTA została podpisana przez inne państwa europejskie, w tym takie, w których tradycja ulicznych demonstracji jest o wiele silniej zakorzeniona niż w naszym kraju.
Indignados mają swoje sprawy
Państwem, którego obywatele często i z różnych okazji organizują uliczne protesty jest chociażby Hiszpania. Tam tłumy liczące tysiące demonstrantów regularnie wychodzą na ulice miast, aby wyrażać swój sprzeciw. Tak niedawno przecież, niespełna kilka miesięcy temu w hiszpańskich miastach protestowali „indignados”, oburzeni. Tysiące idą ulicą, a mieszkańcy okolicznych kamienic wychylają się z okien i wykrzykują hasła razem z manifestantami. Babcie łapią w ręce pokrywki, łyżki i uderzając energicznie, przyłączają się do demonstracji. Protestują wszyscy i z zaangażowaniem, a jednak jeśli chodzi o ACTA to w Hiszpanii mało kto o tej umowie słyszał, a już tym bardziej o tym, że ich państwo ją sygnowało. Dlatego też żadnych manifestacji nie było.
Polska – antywirus Europy?
Co takiego zatem sprawiło, że tym razem w Polsce, w której uliczne protesty cieszą się zwykle dość umiarkowanym zainteresowaniem (przynajmniej od czasów przemiany ustrojowej), tłumy - głównie młodych ludzi - w kilkudziesięciu polskich miastach wyszły na ulice? W ciągu niespełna tygodnia udało się coś, co jeszcze do niedawna zdawało się niemożliwe: pod tym samym sztandarem, wykrzykując wspólne hasła, ramię w ramię protestowali ludzie, którzy zwykle przy okazji jakichkolwiek odbywających się u nas manifestacji czy pochodów stoją po przeciwnych stronach barykady. Często też po raz pierwszy demonstrowali na ulicach ci, którzy do tej pory pozostawali obojętni. Nagle poczuli, że to w jakiś sposób ich dotyczy, że nie chcą pozostać bierni. A może po prostu dali się porwać fali? Co jednak było przyczyną tego internetowego tsunami akurat w Polsce, a nie gdziekolwiek indziej?
O nas bez nas
Czytając komentarze na różnych zagranicznych stronach, spotkałam się z kilkoma opiniami na ten temat. Pewien Brytyjczyk stwierdził na przykład, że Polacy, którzy mają bezpośrednie niedawne doświadczenie z systemem krępującym wolność jednostki, w przeciwieństwie do zachodnich europejczyków nie biorą tej wartości za pewnik, wiedzą, że może zostać ludziom odebrana, jeśli na to pozwolą. Zgodnie z tym, co napisał ten internauta, dla ludzi z Europy Zachodniej takie zagrożenie wydaje się nierealne, wirtualne. Tym bardziej jeśli ich źródłem miałyby być prawa ustanawiane przez wewnętrzne instytucje ich demokratycznych państw, a nie działania zewnętrznego agresora, np. terrorystów, „wrogiego” Iranu, znanych z łamania praw człowieka Chin czy nieprzewidywalnej, odreagowującej kompleksy podupadłego imperium Rosji. Te wszystkie „prawdopodobne” scenariusze są dobrze znane opinii publicznej, reszta to czyste science fiction.
A co na to żaby?
Temperaturę zwiększa się po woli, po cichu, cierpliwie i ukradkiem, to nie naraża na falę sprzeciwu, to nie skłania do radykalnych rozwiązań, nikogo nie niepokoi. No może tylko kilku fanatycznych piewców teorii spiskowych, ale ich przecież nigdy nie brakowało. Jeśli żabę wrzucimy do wrzątku to od razu wyskoczy. Nikogo to nie dziwi, każdy z nas pewnie próbowałby zrobić to samo w podobnych okolicznościach. Jeśli jednak żabę włożymy do zimnej wody i po woli będziemy ogrzewać, nieświadomy niebezpieczeństwa płaz pozwoli się ugotować. Ani drgnie. Nieprawdopodobne? Czyżby Europie groziło to samo? Co jednak sprawiło, że polska żaba zaczęła skakać? A może to wszystko to tylko nieuzasadniona histeria, jak twierdzą członkowie grupy „Tak dla ACTA”?
poniedziałek, 28 lutego 2011
Ciąg dalszy rozważań wokół feminizmu
Kopernik była kobietą
Społeczeństwo kobiet z „Seksmisji” to karykatura feminizmu. Film niewątpliwie wart obejrzenia, lecz na darmo szukać w nim głębszego zrozumienia powodów i racji przybierającego na sile ruchu emancypacji kobiet. Bez trudu jednak można wychwycić elementy bezpośrednio zaczerpnięte z potocznych, zdroworozsądkowych i mało pochlebnych wyobrażeń na temat tego czym jest feminizm. Przy założeniu, że około 60% polskiego społeczeństwa mniej lub bardziej wyraźnie opowiada się za tradycyjnym podziałem ról na kobiece i męskie w życiu społecznym, można założyć, że dominująca opinia na temat feminizmu skłania się ku tezie, że jest on na wpół groteskowym ruchem skupiającym przebrane w garnitury krzykliwe desperatki i zajadłe jędze, odreagowujące zamierzchłe frustracje i bieżące kompleksy. Niewielu zauważa, że feminizm to ruch, w którym tkwi ogromny potencjał: możliwość transformacji kultury, zastąpienia drętwych, dychotomicznych i często szkodliwych schematów bardziej elastycznymi formami, w których elementy wcześniej sobie przeciwstawione, mogą się swobodnie mieszać, łączyć i pozwalają każdemu człowiekowi, nie tylko kobiecie, ale także mężczyźnie, przejawiać się na tylko sobie właściwy, nieograniczony sztywnymi schematami, sposób.
Niewolnik i jego pan, pan i jego niewolnik
W ciągu życia, czasem świadomie, częściej jednak zupełnie bezrefleksyjnie, odgrywamy różnorodne role (nawet orzeł, jeśli pójdzie za radą kury, „by więcej o tym nie myśleć”, odnajdzie względne spełnienie w roli podwórkowego koguta[1]) Powielając schematy i wzorce obecne w naszej kulturze, odnajdujemy wspólny język z innymi i własne miejsce, tożsamość i sens. Z poplątanych nitek chaosu pleciemy kosmos… Niektóre z tych ról bardziej, inne mniej przemawiają do naszej wyobraźni, są takie, które budzą sentyment i inne, wywołujące raczej odrazę. Za pośrednictwem tych ról i schematów szukamy dopełnienia, kontaktu ze światem i równowagi. Kiedy wchodzimy w rolę, świat zawęża się do jednego wymiaru, sensu, który w nim za pośrednictwem tego wzorca odnajdujemy. Problem tkwi zawsze na granicy, tam gdzie „maska” zaczyna zbyt szczelnie przylegać do twarzy… I w końcu zabiera nam możliwość stworzenia autentycznej relacji ze światem, z innymi ludźmi i sobą samą/samym… Kim byłby pan bez niewolnika i niewolnik bez swojego pana? Kim jest kobieta bez mężczyzny i mężczyzna bez kobiety? Może wielu to zestawienie wyda się nieuzasadnione, ale bez obaw! Nie zamierzam tu jednoznacznie odpowiadać na pytanie, kto w relacji damsko-męskiej gra rolę pana, a kto niewolnika. Każdy/a z nas ma już i tak na ten temat swoje zdanie.
Mężczyzna – muza feministki
Czy mężczyzna jest wrogiem feministki? Moim w każdym razie nie, a za feministkę się uważam (choć nie wiem czy tymi wszystkimi niejednoznacznymi słowami nie zasłużyłam sobie na wykluczenie z tego zacnego grona… ale jak to ujął obrazowo Woody Allen: „nie chcę być członkiem klubu, który chciałby mnie za członka”). Podobno przyszło nam żyć w czasach kryzysu męskości. Być może jednak kryzys męskości przyczyni się do rozkwitu mężczyzny jako człowieka. Dotychczas mieliśmy głównie do czynienia z człowiekiem jako mężczyzną. A co z kobietą? Oby przypadł jej w udziale ten sam los.
[1] Anthony de Mello, „Pewien człowiek znalazł jajko orła. Zabrał je i włożył do gniazda kurzego w zagrodzie. Orzełek wylągł się ze stadem kurcząt i wyrósł wraz z nimi. Orzeł przez całe życie zachowywał się jak kury z podwórka, myśląc, że jest podwórkowym kogutem. Drapał w ziemi szukając glist i robaków. Piał i gdakał. Potrafił nawet trzepotać skrzydłami fruwać kilka metrów w powietrzu. No bo przecież, czyż nie tak właśnie fruwają koguty? Minęły lata i orzeł zestarzał się. Pewnego dnia zauważył wysoko nad sobą, na czystym niebie wspaniałego ptaka. Płynął elegancko i majestatycznie wśród prądów powietrza, ledwo poruszając potężnymi, złocistymi skrzydłami. Stary orzeł patrzył w górę oszołomiony. - Co to jest? - zapytał kurę stojącą obok. - To jest orzeł, król ptaków - odrzekła kura. - Ale nie myśl o tym, ty i ja jesteśmy inni niż on. Tak więc orzeł więcej o tym nie myślał. I umarł, wierząc, że jest kogutem w zagrodzie.”
niedziela, 27 lutego 2011
Branża męska, branża kobieca… Jak przełamać lody?
Górniczki
Czy w Polsce kobieta może być górnikiem? Jeszcze do niedawna w naszym kraju obowiązywało prawo zakazujące kobietom pracy pod ziemią. Jednak w 2008 roku Senat zgodził się na wprowadzenie zmian w prawodawstwie, dzięki którym równouprawnienie płci w kwestii dostępu do zatrudnienia w przemyśle wydobywczym stało się faktem i 2 lata temu kopalnie stanęły przed nami otworem! I co? Nie ma chętnych? Żadna nie chciałaby zostać górniczką? A może to po prostu nie jest robota dla kobiety? Mit „słabej płci” to cień, który od zawsze towarzyszy każdej z nas. Od najmłodszych lat przyucza się kobiety do tej roli, więc większość z nas z czasem zaczyna ją akceptować. Za często zasłaniamy się słabością. Wykorzystujemy ten schemat w relacjach z mężczyznami: pozujemy na „dziecinki”, rozkładając bezradnie (dwie lewe) ręce pozwalamy się wyręczać, łatwo odpuszczamy, kiedy należałoby podjąć wyzwanie i, jeśli w pobliżu jest facet, nawet nie próbujemy same odkręcić słoika. No dobrze, może trochę się zagalopowałam, ale musicie przyznać, że czasem trudno oprzeć się pokusie… Miło jest korzystać ze specjalnych względów, ale to jak zwykle tylko jedna strona medalu. Druga jest znacznie mniej przyjemna, odczuwana przede wszystkim na gruncie zawodowym. Kobieta zwykle odbierana jest przez pryzmat tego stereotypu i przez to już na starcie dyskryminowana. Jeśli zadanie wymaga odwagi, siły, samozaparcia i wyraźnych efektów, kobieta musi wykazać się podwójną determinacją, by została oceniona tak dobrze jak mężczyzna w tej samej sytuacji. Wiele jest kobiet, które nie od dziś wykonują ciężkie prace, wymagające siły i mocnych nerwów i świetnie dają sobie radę, a jednak stereotypy wciąż są silniejsze. I co najgorsze, same kobiety przyczyniają się w dużej mierze do takiego stanu rzeczy.
Męska gra
Badania psychologiczne dowodzą, że kobiety, aby być odbierane jako osoby odpowiedzialne, poważne i kompetentne, muszą przede wszystkim „przebrać się za faceta”. Wymagania te są szczególnie wyśrubowane w branży finansów i w zarządzaniu. Kobiety, które odniosły sukces w dziedzinie zdominowanej przez mężczyzn, otwarcie mówią o tym, że były i są poddawane o wiele surowszej ocenie niż ich koledzy po fachu. Wiele z nich wspomina także o tym, że aby osiągnąć swoje cele, musiały przyswoić „samcze” formy zachowania i ograniczyć do minimum to, co mogłoby pociągnąć za sobą skojarzenia ze słabością: a więc delikatność, troskę, wrażliwość, pomocność. Jeśli chcemy grać w „męską grę”, musimy na to wszystko uważać. Ale diabeł jak zwykle tkwi w szczegółach. Problem polega na tym, że im bardziej uważamy, tym bardziej pogłębiamy ten stereotyp. Paradoksalnie, najbardziej wymagające w tym względzie są właśnie kobiety, które zdołały tę grę wygrać. W psychologii określa się to mianem „syndromu królowej pszczół”: kobiety, które zdobyły władzę i prestiż, bardzo często dyskryminują przedstawicielki własnej płci. A szczególnie wyczulone są właśnie na wszelkie przejawy cech i zachowań kulturowo przypisywanych płci żeńskiej. Błędne koło? Najwyraźniej, ale czy jest na to rada? Czy w „męską grę” można zagrać na kobiecych zasadach?
Pani majster
Kto słyszał o kobiecie-budowlańcu? A jednak zdarza się. Ostatnio zasłyszałam bardzo ciekawą historię. Pewna zręczna i utalentowana dziewczyna, absolwentka budownictwa, napotkała znaczne trudności, kiedy szukała pracy w swoim zawodzie (dlaczego mnie to nie dziwi?). Po bezowocnych i demotywujących poszukiwaniach skrzyknęła koleżanki i wspólnie założyły firmę remontowo-budowlaną. Ich działalność cieszy się teraz dużym wzięciem. Co ciekawe, to co wcześniej stanowiło przeszkodę, stało się największym atutem. Klienci chwalą dokładność, staranność wykonania, TERMINOWOŚĆ i wyczucie stylu.
Czy mężczyźni mają lepiej?
W języku polskim występuje kłopot z nazewnictwem, który, choć daje się we znaki głównie mężczyznom wykonującym tradycyjnie kobiece zawody, zwraca uwagę na głębszy problem. Pani minister, doktor czy sekretarz brzmi z grubsza bez zarzutu, ale pan przedszkolanka czy sekretarka to pretekst do żartów. Problem dyskryminacji dotyka także i mężczyzn, choć ma nieco inny charakter, bo dotyczy zwykle dostępu do najniższych stanowisk, czyli tych, które najczęściej wymagają cech tradycyjnie przypisywanych kobietom. Sekretarka czy asystentka powinna być pomocna, troskliwa, dokładna, taktowna i miła. Dobrze zorientowana i dyskretna jak dobra pani domu. Ważne jest również, żeby była ładna, tak by ktoś nie pomylił jej przypadkiem z księgową… Niestety czasem właśnie to ostatnie kryterium jest decydujące. I nawet jeśli asystent ma uśmiech jak z reklamy pasty do zębów i pośladki, których nie powstydziłby się brazylijski piłkarz, nie zmienia to faktu, że w uznaniu mężczyzn (a przynajmniej heteroseksualnej większości) to jednak wciąż „płeć brzydka”. |
Zakładki:
Inne stany skupienia (uwagi):
|